Pobudka 6:20. Juz po sposobie w jakim zwlekalam sie z lozka zauwazylam, ze dzis bedzie kiepsko.
Z rana : bieganie i szukanie ubran, sprawdzanie czy te odpowiednie, wyprane wczoraj, juz wyschly. Oczywiscie, ze nie - w ruch zostala wiec wprowadzona suszarka, a czas uciekal.
Ledwo wybieglam w butach, wciaz mokrych w srodku i bez stanika bo zabraklo na jego suszenie czasu - musialam sie wrocic po telefon, ktory zostal na pietrze, na biurku.
W drodze na pociag, o dziwo, wyprzedzilam pare spieszacych sie rowniez osob, wiec uznalam to za dobry znak - niepotrzebnie.
W pociagu, na ktory ledwo zdazylam - klasyczny scisk. Dodatkowo utknelam zaraz obok smierdzacego kibla.
Etap metra przetrwalam, etap pks'a rowniez.
Na miejscu wykopalisk - deszcz. Dodatkowo - punkt kulminacyjny- zapadlam sie dokladnie po kolana w bloto, w ktorym stracilam dwa razy rownowage i raz polecialam na rece, a raz na plecy. Tak sie zaczal moj kompletnie upieprzony dzien wykopalisk. Przez nastepne godziny meczylam sie z zimnem - marzly mi rece bo upieprzylam rekawiczki, marzly mi stopy - bo pod blotem dostala mi sie do butow woda, marzly mi nogi bo mokre od blota spodnie przewiewal wiatr, dodatkowo padal deszcz wiec cala mokra po prostu marzlam.
Glodna, bez papierosow, mokra i wkurwiona ruszylam na pks powrotny.
Na rozkladzie - 50 minut do nastepnego autobusu. Czekalam wiec, ruszajac sie lekko aby nie zwariowac. Autobus spoznil sie kolejne 15minut. Dodatkowo kierowca widocznie oszczedzal na ogrzewaniu.
W Warszawie dalej deszcz, ale teraz juz bieglam na metro z nadzieja, ze jestem blizej niz dalej domu.
Nie musze chyba mowic, ze moje upieprzone ubrania wywolaly dziwne reakcje wsrod spolecznosci.
Zeby zakonczyc te opowiesc, ktora wlasciwie sie nie jeszcze nie zakonczyla bo do konca dnia jeszcze daleko, dodam, ze dodatkowo dostalam okres i przepalilo sie swiatlo na przedpokoju.
Oby jutro bylo lepiej.
Tego wszystkim zycze.